Zawód kierowcy karetki to tysiące kilometrów miesięcznie i morze martwego czasu między zgłoszeniami. Czasem jedziemy na sygnale, a czasem stoimy w korku na obrzeżach miasta, czekając aż dyspozytor rzuci nam następny adres. Zawsze śmiałem się z chłopaków, którzy w przerwach grali w jakieś gierki na telefonach, ale pewnego wieczoru ta nuda dosłownie mnie zjadła. Zamiast przeglądać bezmyślnie media społecznościowe, wpadłem na pomysł, żeby sprawdzić, o co tyle szumu w internecie wokół hazardu online. Tak, wiem, zabrzmiało to trochę jak wymówka, ale byłem zmęczony codzienną rutyną i potrzebowałem czegoś, co wybije mnie z kolein.
Pierwszego wieczoru zarejestrowałem się w kasynie, które polecał mój kuzyn. Mówił coś o szybkich wypłatach i fajnych promocjach, ale ja go słuchałem tylko połową ucha. Chciałem po prostu zobaczyć, jak to działa. Nie miałem żadnych wielkich nadziei ani planów na miliony. W końcu statystycznie kasyno zawsze wygrywa. Ale gdzieś tam głęboko, w tej męskiej części mózgu, tkwiła myśl, że może akurat dziś szczęście się do mnie uśmiechnie. Niestety, pierwsze dwie godziny to była porażka, totalna klapa. Straciłem jakieś sto złotych i już miałem zrezygnować, gdy zdałem sobie sprawę, że nie umiem po prostu wyjść z przegraną. To był instynkt głupca, który szuka rewanżu.
Postanowiłem zmienić strategię. Zamiast strzelać na oślep w automaty, których zasad w ogóle nie znałem, usiadłem do wirtualnego pokera. To była zupełnie inna liga. Nagle liczyły się nie tylko karty, ale też blef, cierpliwość i obserwacja. Poczułem się jak kapitan okrętu, który musi poprowadzić załogę przez sztorm, mając tylko kompas i własny refleks. Wieczór minął nie wiadomo kiedy, a na koncie miałem delikatny plus. To było ekscytujące, ale co ważniejsze, odkryłem, że ta rozrywka potrafi naprawdę wciągnąć umysł i odciąć go od problemów. Moja dziewczyna powiedziała później, że pierwszy raz od miesięcy wróciłem do domu z uśmiechem zamiast z wiecznym narzekaniem na system opieki zdrowotnej.
Przez kolejny tydzień traktowałem to jak intelektualną rozrywkę. Ustaliłem sobie sztywne zasady: fundusz na granie, który nie przekracza kosztu jednej wyprawy do kina, i limit czasu. Wchodziłem na kasyno vavada, które jakoś najbardziej przypadło mi do gustu pod względem wyglądu i logiki, i grałem maksymalnie godzinę. Było w tym coś niezwykle uspokajającego w tym chaosie. Kiedy żonglujesz życiem i śmiercią w pracy, taka wirtualna rzeczywistość daje złudzenie całkowitej kontroli. A może to była tylko moja psychologiczna fiksacja, bo w prawdziwym świecie nie mogłem przewidzieć, czy następny pacjent będzie miał zawał, czy tylko skręconą kostkę.
No właśnie, kluczem stał się przypadek. Podczas jednej z akcji nasz zespół odebrał zgłoszenie o poszkodowanym w wypadku. Mężczyzna miał pozornie nic poważnego, ale coś mnie tknęło, żeby dokładniej sprawdzić jego parametry. Okazało się, że ma wewnętrzne krwawienie. Lekarze w szpitalu powiedzieli, że gdybyśmy przyjechali dziesięć minut później, mogłoby być za późno. Ta myśl nie dawała mi spokoju przez całą noc. Ten sam mechanizm, co w grze, tyle że na żywo. Czasem trzeba podjąć decyzję na podstawie niepełnych danych. W kasynie możesz przeczekać złą passę, ale w życiu nie ma przycisku ""ponów"".
Zacząłem inaczej podchodzić do wizyt w kasyno vavada. Nie chodziło już o zdobycie pieniędzy, a o trening uważności. Dziwnie to zabrzmi, ale sprawdzanie, jak reaguję na przegrane, dało mi mnóstwo informacji o mnie samym. Bo widzisz, łatwo być spokojnym, kiedy wszystko idzie po twojej myśli. Ale kiedy przegrywasz trzeci raz z rzędu, wychodzi z ciebie prawdziwe oblicze. Zaczynasz panikować albo rzucać się na coraz wyższe stawki. W prawdziwym życiu bywa z tym różnie, ale jeśli nauczysz się gasić emocje przy wirtualnym stole, to i w konfrontacji z trudnym pacjentem będziesz bardziej opanowany. To nie jest żadna mądrość z podręcznika, tylko zwykła obserwacja siebie.
Po trzech tygodniac







